Goście ll GospodarzllCiasteczko
Książe i Księżniczka


piątek, 25 września 2009

Zaskakujące, że przypomniało mi się, że gdzieś w odmetach www jest jeszcze mój blog. Z nudów i braku czegokolwiek sensownego do roboty zabrałem się za czytanie i nostalga mnie wygniotła straszliwie, za latami młodości, rzeczywistością płynną i nieokreśloną, niedocenioną wtedy, za którą tęsknię, kiedy każdy dzień jest odbitym poprzednim, przekalkowanym coraz bardziej szkaradnie, kopia kopii, coraz mniej wyraźna, coraz bardziej krzywa.
Z dnia na dzień się zestarzałem, chociaż między zaśnięciem a przebudzeniem minęły niemal dwa lata.
Przeszłośc jest chyba jeszcze bardziej abstrakcyjna niż przyszłość, nic nie da się przemalować, poprawić, a wraca natrętnie jak ból zęba.
dziwne to wszystko, tak dziwne że prawie niemożliwe.

komentarze [3]



niedziela, 26 kwietnia 2009

Prawie rok,czerwiec już niebawem, burdel burdelem pozostaje, wszystko w smrodzie sajgonek i frustracji, pootwierane okna i zwiędły kwiat na parapecie. Jakbym nigdy nie wyjechał, jakby nic się nie zmieniało. Constans pełen, linia ciągła od wczoraj do jutro z pominięciem jakiejkolwiek chwilowości. Poniedziałek przespany i leniwy, wtorek w pospiechu, sroda w fartuszku, śmierdząca podrobami, czwartek w drodze miedzy domem a nie-domem, na telefonie, głośny i duszny, piątek jak zwykle o smaku wódki, takoż sobota, a wódka smakuje samotnością w czterech ścianach, poza tym, że wódk smakuje, rzecz jasna. Niedziela za to budyniowa i depresyjna, i wszystko tak jakoś, bez sensu głebszego ani płytszego.
Czasoprzestrzeń jest prosta, bo ja jestem prostakiem.

komentarze [5]



czwartek, 19 czerwca 2008

Wygrzebuję się z jednego burdelu, wpadam w kolejne bagna, jedno po drugim, jak w przedwojennej burlesce, tylko żadna publika nie umiera ze śmiechu, i mnie też niewesoło, chociaż na smutki i niepokoje czasu brak.
Widzisz, bo ja nie umiem tak po prostu wszystkiego wywrócić na lewą stronę i uznać, że to właściwy porządek wszechrzeczy. Muszę sobie od czasu do czasu poumierać, ponarzekać, potęsknić ... I nie chodzi wtedy o to, żeby mi pierdolnąć tak, żebym znalazł się w przyszłym tygodniu albo gdziekolwiek milion lat świetlnych od rzeczywistości, która sobie urajam, odbarwiam w wybielaczu do muszli klozetowych, żeby sie potem umartwiać i biczować własnym nieszczęściem. Pytam chociaż wiem, że lepiej byłoby w ogóle się nie odzywać, zaszyć sobie usta, ustawić się pomiędzy kolekcją drewnianych kotów a zdjęciem z wakacji w Trójmieście i cierpliwie czekać, aż mnie odkurzysz.
Jestem tylko Twój, więc czemu do kurwy nędzy nie możesz być tylko moja?

Wszystko skurczyło sie do rozmiarów jednego pokoju, trzech słów, kilku ulic, spacerujemy po mieście, ściskam Cię za rękę, bo sie boję, że się w tym wszystkim nie zmieścisz, chociaż wcale nie uważam, żeby było za ciasno. Na balkonie mamy doniczkę z kwiatkiem zamiast ogrodu, zamiast całego świata cztery obdrapane ściany, zamiast przyszłości zachwyt niesłabnący wszechogarniającym nonsensem, codziennym niczym, żadnych spektakularnych widoków na jutro, tylko małe, skromne teraz, zwyczajność, jedna wanna i łóżko za małe dla dwojga, wczepianie się w sufit planami na przyszłość, tak mi dobrze i szczęśliwie, że mógłbym wpaść pod tramwaj.

komentarze [5]



poniedziałek, 31 marca 2008

Sobota w pustym łóżku. Niedziela w pustym mieszkaniu. Poniedziałek w pustej kamienicy. Nie ma Cię, zapach papierosów wywietrzał, nieruchawo, smutno, wiosna niewiosennym snem spada mi na powieki, nie umiem znaleźć sobie miejsca w pustce milczącej, kiedy odbijam się od obrazów, na których mnie kochasz i nienawidzisz.
Wtorek w maraźmie, środa depresyjna, czwartek będzie symfonią prac domowych, odrywających myśli niespokojne od melancholii i ściągający je ku ziemi, konkretnie podłodze, do której przyklejają się skarpetki. Piątek bezsenny i niespokojny. W sobotę wrócisz. Wkurwiona, zanim jeszcze otworzę drzwi. Zmęczona, zirytowana, wylewająca z siebie hektolitry jadu, nienawiści do wszelkiego stworzenia, moje czterdzieści pięć kilo potwornie złej kobiety.
Na razie mam tylko echa Twojego głosu między jedną a drugą ścianą, Dannyego Elfmana i dwie poduszki, a głowę tylko jedną.
Tęsknię jak normalny śmiertelnik.

komentarze [8]



wtorek, 26 lutego 2008

Idę, przecinam chwiejnym krokiem szarzyznę ulicy i myślę, że zawsze mogło być gorzej. Mogłem dusić się w cudzych ambicjach, więdnąć będąc kimś innym, kim kogo nigdy nie byłbym w stanie polubić, ogłuchnąć na świat dźwięków, oślepnąć i wegetować byle jak i byle gdzie. Niech już będzie biednie i ciężko, ale chociaż jakoś.
Krzycz na mnie, bo kocham, kiedy się nie zamykasz, kiedy rzucasz mną o ścian wszystkie cztery jak starą ścierą, kiedy słyszę steki kolokwializmów najobrzydliwszych, określających Twój stosunek do mnie. Frustruj mnie tym nietradycyjnym podziałem ról, ucz życia, a nie marudzenia w nieróbstwie. A czasem pozwól się w uśmiechu zasuszyć gdzieś pomiędzy kartkami pomiętych wyciągów fortepianowych.
Mam świadomość niezdatności absolutnej, ale to nie ja nie pasuję do świata, to świat do mnie nie pasuje. A rzeźbić nigdy nie umiałem jakoś wybitnie. Wystarczy być. Wystarczy Cię słyszeć, wystarczy świadomość, że istnieje coś takiego, jak MY. Tak zwyczajnie.

komentarze [11]



niedziela, 10 lutego 2008

-Kiepsko wyglądasz, Krzysiu.
-To przez robotę, poza tym od pół roku nie mam kiedy się wyspać.
-Przejebane.
- No...
Chwila ciszy. Faktycznie, nie wyglądam szczególnie. Wory pod oczami, poszarzały jestem i nieświeży, wymięty i wczorajszy, rozczochrany i nieatrakcyjny, strzepuję popiół z papierosa na kołdrę i staram się nie myśleć o tym, jaki jestem podły i gówno warty.
-Słuchaj...może byś tak czasem u mnie pomieszkał, co?
-Nie. To by było nie fair...
-A teraz jest?
-No nie bardzo. Ale będę miał dziecko...to zobowiązuje. Tak jakby.
-Ale się wjebałeś.
-Wcale nie, cieszę się, naprawdę.
- Krzysiu, ile Ty masz lat?
-Dwadzieścia trzy, prawie. Za tydzień.
- I chcesz się wpierdalać w jakieś pieluchy?
-Oj tam, fajnie będzie. Wrócę z pracy i dzieciak mnie nazwie tatą. Fajnie...jakiś sens w tym wszystkim będzie, nie?
- Głupi jesteś. Zrobić ci herbaty?
- Kawy.
I wkurwia mnie tą gadką i tym szuraniem kapciami, szafkami, talerzami i całym kuchennym syfem, i sypaniem kawy, mieleniem, wszystko mnie wkurwia, jeszcze dzień nie wstał, a ja już jestem wkurwiony. Dopalam bezmyślnie kolejnego papierosa, dziadowskiego jak wszystko w moim dziadowskim życiu i patrzę na ten wyrzut sumienia z nadwagą, jak idzie z kawą, połowę przy tym rozlewając na dywan. I wcale się nie zastanawiam, jak to się stało.
-Dzięki. Moge wziąć ten ekspres do kawy?
- A bierz, obejdę się bez tych burżujskich wynalazków. Sam to tutaj przytargałeś. Chcesz jakieś pieniądze?
I nienawidzę tego, jak bardzo jestem żałosny, bo rzecz jasna mówię, że tak, oczywiście, chcę, ubieram się, ładuję w cokolwiek bądź ten złom i w międzyczasie zastanawiam się, jak wytłumacze fakt, że pietnaście minut zmieniło się w całonocne kurwienie, w dodatku absolutnie na trzeźwo i w pełni świadomie, chociaż teraz kac mnie zabija.
- Bo wiesz...ja ją naprawdę kocham...
-Jasne. Nie pierdol.
Nie pierdolę. Tylko mi dorosnąć jakoś ciężko.

komentarze [8]



środa, 6 lutego 2008

Pamiętam niepewność, kiedy rozpinałaś powoli mój gorset primadonny rozkapryszonej, a ja topniałem jak lodowa rzeźba, bo szeptałaś do mnie wiosną, w samo ucho, złotem wschodziłaś ponad horyzont pusty, zaprzeczając wszelakim rachunkom prawdopodobieństw, które sobie latami wyliczałem.
I nadal przeczysz temu, co możliwe, smażąc o brzasku omlet, ubrana w tajemnice, których nigdy nie poznam, blisko i daleko, najdalej i bliżej, niż kiedykolwiek. Widzisz mnie na wylot a mimo to co dzień słyszę, jak podśpiewujesz w kuchni, i wierzę w świetego Judę, choć nigdy się do niego nie modliłem.
Tak wielu rzeczy nie mam, pierdole moje bordowe BMW, ciuchy Lacoste, całe to cierpienie w luksusie i nieróbstwo, dwadzieścia trzy lata to w sam raz tyle, żeby jednak rzucić to w cholerę i z całym nieprzystosowaniem życiowym, werteryzmem i wyuzdaniem zamknąć w ramionach szczęście absolutne, niematerialne i nie cielesne, ubrane w gustowny komplecik w różowe flamingi, na które kilkaset razy w ciągu nocy patrzę, kiedy budzę się i sprawdzam, gdzie sen, a gdzie życie, i czy aby na pewno bliższa ideału już mi się nie przyśnisz. I kilkaset razy w ciagu nocy sprawdzam, czy oddychasz, czy nie znikniesz pod dotykiem, czy w zapleśniałej norze śródmiejskiej już niedługo będzie nas troje. Będzie.

komentarze [1]



sobota, 15 grudnia 2007

Bo prościej jest z nieszczęścia umierać, niż gotując makaron, nie spalić garnka. Proza życia przygniata, cóż z tego, skoro motyle do niej przybite szpilkami kolorów nie tracą i migocą w promieniach zimowego słońca. I skrzą, jak te badziewne witryny sklepowe, bo w szczęśliwości jakieś to wszystko bardziej wdzięczne, jakoś urzeka tandetą, uśmiech przywołuje na wargi zaszyte. Stan posiadania nader ubogi, a ja, dziecko zbytku i luksusu, bardziej jestem nieprzytomnie szczęśliwy, niż Charlie w fabryce Willego Wonki, i wszystko bardziej spływa mi słodką masą czekoladową, chociaż nawet na herbatniki w masie czekoladopodobnej chwilowo mnie nie stać.
Wystarczy mi pokój nieduży, meble pogierkowskie wyślizgane, kawałek podłogi i kawałek sufitu, z którego farba odłazi płatami i tynk się sypie, zapach gotującego się trzeci bodaj tydzień bigosu, adoptowany zaledwie wczoraj za pół pensji pies, i śmiech Twój, bo "buahahhahah, znów nas straszą windykacją za niepopłacone rachunki".

"They bought a round for the sailor
And they heard his tale
Of a world that was so far away
And a song that we'd never heard
A song of a little bird
That fell in love with a whale

He said, 'You cannot live in the ocean'
And she said to him
'You never can live in the sky'
But the ocean is filled with tears
And the sea turns into a mirror
There's a whale in the moon when it's clear
And a bird on the tide

Please don't cry
Let me dry your eyes

So tell me that you will wait for me
Hold me in your arms
I promise we never will part
I'll never sail back to the time
But I'll always pretend you're mine
Though I know that we both must part
You can live in my heart
"



komentarze [12]



sobota, 24 listopada 2007

Mchem i grzybem zarosłem, jak niepozmywane naczynia w zlewie, jak secesyjne grobowce, jak kawa na parapecie, której nie dopiłem, kiedy jeszcze gnębiły mnie niepokoje egzystencjalne. W tamtym domu, w tamtym pokoju, na tamtym suficie pająki i kawa z parapetu w niekawowej zieleni, akurat paradoksalnie na zimę tak zazielenia się uroczo.

I tak magicznie falujesz do mnie głosem przez ten inny pokój w innym mieszkaniu, na ulicy Zielonej, nad sklepem z ekologiczną żywnością Green Way, i wierzyć się nie chce w tą wszechobecną zieloność. Falujesz morzem migotliwym, razem ważymy 84 kilo i mamy zieloną rzerzuchę na oknie, i kwitnące kaktusy, i odrapane ściany wysokie jak katedry, i witraż mamy w oknie, bo ludzie z tramwajów dziwne rzeczy wyrzucają, i mamy nawet stół i dwa krzesła, to jedno puste dziś czeka na Ciebie niecierpliwie, wytartym siedziskiem tęskni prawie tak bardzo jak ja.
Szturmem zdobyłaś Bastylię mojego emocjonalnego rozbebłania, słodki jestem, sezamek czarny w melasie, bo tak ekologiczniej, gotuję ryż jaśminowy na butli gazowej i za nic mam grzyb naścienny, jest pięknie.

komentarze [14]



niedziela, 3 czerwca 2007

Szaro, biało, beżowo, szpitalowo (nie jestem w szpitalu, CIEMNIAKI), nijak.
Szary świt, którego nikt nie widzi w oczekiwaniu na ten właściwy, szare mydło, szare ściany, szare niebo, a szarość strasznie mnie przygnębia.
Siedzę do południa w bagnie znudzenia i oglądam w oknie proces blaknięcia wszystkiego wokół, ze mną wbitym w kąt włącznie.
Fontanna płynów ustrojowych, w futerale za małym na kontrabas, za dużym na skrzypce, i całkiem estetycznym, dzisiaj jestem w zmęczeniu i znudzeniu tak boski, że sam bym się przeleciał. Od wewnątrz wcale nie pachnę waniliowym księciem.

Nie nadstawię Ci więcej drugiego policzka, żebyś mogła przy każdej okazji ze wstrętem przebijać mnie na wylot swoimi urojeniami, ułańską fantazją widzenia świata, lukrowanym patyczkiem, bo musisz dosadnie w swojej delikatności pokazać, kto jest fuhrerem, a kto pyłem na parapecie, popiołem w kominku, komu należy sie tylko krzyż na drogę i praca w kamieniołomie. Rzucasz mi w twarz zaimkiem dzierżawczym, do czego masz prawo wywalczone conocnym wypinaniem się i Oscarową rolą prawdziwej Matki Polki. Pękam pod Twoim spojrzeniem i wolę policzyć schody od góry do dołu, niż pluskać się w tej farsie, jak pies w szambie.
Adios.

komentarze [55]



piątek, 25 maja 2007

Proszę państwa, oto miś. Miś był bardzo grzeczny dziś. Misia doświadcza los, Bóg i chuj raczy wiedzieć, co jeszcze. Miś ma serdecznie dosyć oddychania wspak, miś ma serdecznie dosyć osobiście życiowej mody na sukces. Dość ma losów i przeznaczeń, i Ciebie też. I Ciebie. O Tobie też pamięta. Proszę się nie przejmować, do każdego jednaką nienawiścią pałam.
Przy ostatnim pocałunku wyssałaś ze mnie wszystkie słowa i teraz osypujesz się nimi, nacierasz i wyglądasz jak karakułowa dama z twarzą w kolorze idealnie płaskim. Zawsze bałem sie klaunów i porcelanowych lalek.

Z pozycji horyzontalnej dostrzega sie ostrzej wszelaki nonsens, wąchać go można, a odór ma kwaśny, a kiedy udawać, że się go nie zauważa, wyczynia wielce ekspresyjne sztuki, byle tylko mieć audytorium.
Skoro jestem pusty, moge być kartonowym pudłem. Pamiętaj, że gdyby którejś zimy wszystkie noclegownie były zamknięte, zapraszam w moje skromne progi.

komentarze [28]



sobota, 28 kwietnia 2007

Paranoja moja dzisiaj w słońcu wyrosła, i wiem już z całą pewnością, że świat jest w takim kształcie właśnie mnie konkretnie na złość.
Dlaczego nie mogę mieć krzywego zgryzu, grzać się w cudzym słońcu i wierzyć w istnienie czegoś boleśnie idealnego? Bo trzeba mieć prosty zgryz, być pogodzonym z faktem, że vanitas vanitatum, i mieć własne słońce na baterie. Niewiedza jednak nie zawsze jest błogosławieństwem.
Wiesz, byłbym wspaniale ekonomiczny, mogę nie jeść i nie mówić, jestem amorficzny i zestrajalny ze wszystkim. Jestem jak pies, tylko można ze mną porozmawiać o literaturze i sztuce.
Jestem ckliwy, wrażliwy, nudny, marudny. I w dupie mam, że uważacie to za żałosne.

30.04.
Dojrzałość sukcesywnie omija mnie szerokim łukiem. Nie umiem już umierać ze szczęścia, nie dojrzałem też do pragmatyzmu. Wiem że myślisz o mnie po cichu, chociaż to moje myśli są z Tobą, nie odwrotnie. Jestem w całej rozciągłości beznadziejny. Przeleć mnie na stole jeszcze raz.

komentarze [70]



piątek, 13 kwietnia 2007

Od dzisiaj do jutra jest idealnie paraboliczna niewiadoma, za każdym razem w tym samym kształcie i miejscu. Rzeka spływająca po udach, po rozkwitłych milczeniem wargach, po miękkich półksiężycach, które nie zdzierają ze ścian ciemności. Wibracja powietrza dążąca do ciszy zamyka sie pod powieką, zamarza na rzęsach, zawisa półszeptem na suficie.
Westchnień nie warto trwonić nad banałem, i tak zawsze będą zbyt werykalnie nad nim pochylone i nie dotkną go, nie klękając.
Mogąc więc robić co chcę, oczywistym jest, że nie robię absolutnie nic. Szlifuję umartwianie się nad sobą bez powodu i wciskam w przepastne ramy sztuki dla niej samej i dla nikogo innego.

W roztargnieniu żegnasz się ze mną i zatrzaskujesz drzwi. Wtedy zaczynam sie zastanawiać, dlaczego natarczywa melancholia czyhająca za nimi jest taka mecząca. I czy kiedyś razem zjemy śniadanie.

komentarze [49]



piątek, 30 marca 2007

Mogło być romantycznie, ekstatycznie, onirycznie, erotycznie, ale nie jest. Nie będzie. Mógłbym obudzić Cię oddechem dusznym i widzieć jak pękasz pod moim spojrzeniem. Mogłabyś być książką pachnąca świeżym drukiem, wdychałbym Cię po jednej stronie, na palcach miałbym ślady Twoich liter, blaknące we śnie. Tembr głosu zestroiłbym z porannym adaggio czajnika w Twoim zimnym domu.
Zamiast tego nie mam twarzy i pusto w głowie mam i jestem bezbarwny jak woda, rozsypuję sie chlebem tam, gdzie nigdy nie przylatują gołębie. I jak woda się przelewam, z teraz do teraz, chociaż teraz jako takie nie zachodzi. Jestem futerałem na nic, za to eleganckim, przewiązanym tiulową wstążeczką. Oddałbym Ci się w prezencie, gdybyś namalowała mi obraz świętego spokoju tam, gdzie nie wyblaknie.

Dla mniej inteligentnych i kumających - seksu chcę.

03.04.
Już nie chcę. Od dzisiaj jestem głęboko romantyczny.

komentarze [96]



wtorek, 20 marca 2007

Nie pachnę, zupełnie jak Jean Baptiste Grenuille , noszę długi szlafrok jak Truman Capote, wobec świata stoję biernym oporem jak Gandhi, i jak w filmach porno, nigdy nie pieprzę się pod kołdrą.
Nigdy nikogo nie zdradziłem. Głównie z tej przyczyny, że nie da sie zdradzać, nie będąc nigdy z nikim bardziej, niż z uprzejmości, jednorazowo.
Czuję sie dziwnie nie na miejscu, gdziekolwiek bym nie był. Nic mi się nie układa, prozaicznie spodnie na tyłku i dokładnie tak samo prozaicznie w zyciu. Wokół cisza, a coś we mnie tak bardzo chce wybić mleczne szyby oczu i uciec właśnie tam, gdzie chmury przyklejają sie do palców..
I nigdy więcej mnie nie strasz, że chcesz tak po angielsku uciec i więcej już nigdy nie napić się ze mną wódki.
Gdybym kiedyś zbliżył sie do szczęścia, to poliżę patyczek po wacie cukrowej albo Twoje palce, aż zostana mi na języku odciski linii papilarnych, żebym mógł je sobie wytatuować wszędzie tam, gdzie nigdy mnie nie dotkniesz.

Łączy mnie płomienny romas z sobą samym. Dziewczęta, macie pecha.


komentarze [80]








Archiwum:
2006
październik (9)
listopad (5)
grudzień (4)

2007
styczeń (4)
luty (3)
marzec (5)
kwiecień (2)
maj (1)
czerwiec (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2008
luty (3)
marzec (1)
czerwiec (1)

2009
kwiecień (1)
wrzesień (1)






Szablon powastały dzieki przerośnietej ambicji Autora, przy użyciu ilustracji WeeGee; dzieki nieocenionej pomocy Miss Kitty, zainspirowany lazurem oczu kochanki oraz piosenką Toma Waitsa.